Po tych wydarzeniach Tommo nie pojawił się w szkole przez następny tydzień. Tata był jakiś inny poddenerwowany. Nie chciał aby nie wychodziła sama po zmroku. Stosowałam się tego, gdyż i tak nie miałam gdzie i po co.
Za tydzień ślub. Jeżeli się popłaczę to na pewno nie ze szczęścia.
Kolejny dzień w szkole. Już niedługo koniec roku!
Pierwsza lekcja: historia.
-Dzień dobry jestem waszym nowym nauczycielem. Nazywam się Zayn Malik. -Przedstawił się nowy nauczyciel. Miał koszulkę z długim rękawem ale wyłaniający się tatuaż na prawej ręce nie umknął mej uwadze.
-Dzień dobry! Przepraszam za spóźnienie! -Wbiegł do klasy zdyszany Louis.
Sportowe autko się popsuło? Pomyślałam.
Pan Malik skinął głową na znak, że ma zająć swoje miejsce. Oczywiście koło mnie!
Nasz nowy nauczyciel jest super. Pół lekcji gadałam z nim o różnych wykopaliskach.
Unikałam Tommo jak tylko się dało. Nie chciałam go widzieć ani znać!
Zaraz po szkole poszłam do Soph, żeby się jej troszkę pozwierzać. Na prawdę nie wiem co bym bez niej zrobiła.
Siedziałyśmy sobie w jej sypialni i piłyśmy gorącą czekoladę. Nie było zimno ale po prostu miałyśmy na nią ochotę.
W pewnym momencie mój telefon za-wibrował i zaczął dzwonić. Kiedy spojrzałam na wyświetlacz był tylko numer. Szybko odebrałam.
-Hej Elizabeth o co chodzi? Zrobiłem coś nie tak? -Rozłączyłam się jak najszybciej umiałam.
-Kto to był? -Spytała zaniepokojona Soph.
-Louis Tomlinson. -Skąd on ma mój numer. To się naprawdę robi chore.
Posiedziałam jeszcze trochę u przyjaciółki. Trochę. Wyszłam od niej około godziny 20:00.
Kiedy wyszłam przed dom jak na złość ani jednej taksówki.
-No to do domu z buta! -Powiedziałam sama do siebie. Wieczór był przyjemny, a powietrze rześkie. Pomyślałam, że dobrze mi zrobi taki spacerek przed snem.
Idąc tak chodnikiem z jednej z uliczek wyłonił się jakiś podejrzany typ. Chciałam go ominąć ale ten zablokował mi drogę. Nie wiedziałam co robić. Strach poleciał mnie całą. Byłam przerażona. Co może chcieć ode mnie taki koleś kiedy robi się ciemno, a ja jestem sama.
-Zostaw ją!!! -Usłyszałam z moimi plecami. Od razu rozpoznałam głos. To był Tommo. Pierwszy raz szczerze cieszyłam się z jego obecności.
Facet ominął mnie, a Louis się do niego zbliżył i niespodziewanie przyłożył mu z pięści w twarz. Ten z oszołomienia się zachwiał, a Lou jednym sprawnym ciosem z nogi niemiłosiernie potraktował jego brzuch. Koleś już leżał, a ja byłam w... Szoku! Stałam jak wryta.
Tomlinson podbiegł do mnie, chwycił mnie za rękę i razem uciekaliśmy z tego przeklętego miejsca.
Kiedy byliśmy już w bezpiecznej odległości przystąpiliśmy żeby złapać tchu.
-Dziękuję. -Wypowiedziałam. Nie wiedziałam co mam o nim myśleć.
On skinął tylko głową.
-Czemu szantażujesz mojego tatę?! -Nie wytrzymałam. Musiałam zapytać.
-Jedziemy to szpitala!!!
-CO?
-Chyba się dziewczynko w tą twoją cholerną główkę uderzyłaś! Nie szantażuję twojego ojca!!! Co Cię napadło? -Wykrzyczał zbulwersowany, a starsza pani, która siedziała w oknie aż lekko podskoczyła z przerażenia.
-Widziałam Cię jak się z nim kłóciłeś,a potem odjechałeś luksusowym autkiem.
-Widziałaś mnie? Jesteś na 100% że to ja? Bo ja ci przysięgam, że nie, że nie szantażuję twojego ojca! Ja.... -Nie dokończył. Tylko się obrócił do tyłu. Co ja narobiłam? Jak to nie on? Pomyślałam. Ok jest jaki jest ale nawet lubiłam spędzać z nim czas. Nie pojęcia czerni lecz czułam się przy nim bezpieczna. Nigdy nie miałam tak dobrego kontaktu z żadnym chłopakiem, nie chciałam tego popsuć. W mojej głowie zapanował totalny mętlik.
-Dokończ. -Mówiąc to zbliżyłam się lekko do niego na co Tommo gwałtownie się odwrócił.
-Nigdy bym Cię nie skrzywdził. Ciebie ani twojej rodziny, bo Cię kocham... -Ostanie słowa wyszeptał przy moim uchu. To było nierealne. Kiedy jego twarz znajdowała się na przeciwko mojej prawą rękę ułożył na moim karku. Z chwilą zawahania przyciągnął nie do sobie lewą i złożył delikatny lecz namiętny pocałunek. Odwzajemniłam go, na co zareagował lekkim uśmieszkiem. Jego prawa rękę po chwili również znalazła się na mojej talii.
-Co teraz będzie? -Spytałam, próbując się lekko odsunąć na co mi w ogóle nie pozwolił.
Niespodziewanie wziął mnie na ręce i wyruszył w dalszą drogę.
-Podstaw mnie jestem za ciężką!
-Jak dla mnie nie.
-Lou! -Nalegałam.
-Ok. Proszę Moja Księżniczko. -Mówiąc to znowu mnie pocałował lecz znacznie pewniej.
Nigdy droga do domu nie minęła mi tak miło. Wszystkie podejrzenia nagle gdzieś zniknęły. Szliśmy blisko siebie trzymając się za ręce. Ten wieczór nie mógł być cudowniejszy.
Doszliśmy do domu. Na pytanie czy wejdzie odpowiedział, że musi już iść. Nie wnikałam. Ufam mu, wypowiedziałam w duszy.
-Elizabeth!!!! -Ten radosny okrzyk przywitał mnie po wejściu do salonu.
Nie wieżę mój kochany kuzyn. Jesteśmy dla sobie jak rodzeństwo. Zapewne przyjechał w związku z ślubem.
-Liam!!! -Rzuciłam mu się na szyję. Tak dawno się nie widzieliśmy. Zawsze jak byłam mała, jak mama jeszcze żyła, co najmniej raz w miesiącu jeździliśmy do Wolverhampton.
-Technika Payno. -Wyszeptałam.
czwartek, 21 sierpnia 2014
poniedziałek, 18 sierpnia 2014
Rozdział 3
Spacerek po parku z Soph to jest to czego potrzebowałam.
- Wiec jesteś pewno, że pod twoim domem był Louis?
- Nie nie w 100%! -tylko Sohia wie o tym co się wydarzyło, czułam że tylko jej mogłam zaufać.
- Dobra...jednak jak dla mnie dziwniejsze jest to, że ktoś, ktokolwiek to był, stał pod twoim oknem!
- No... Ale nie mów nic ojcu!!! Błaga! -zażądałam.
- Spokoooo.....-Sophia przerwała i wpatrywała się w jedno miejsce.
- Co...oooo.... -Nadjeżdżał Louis Tomlinson na deskorolce, a co najgorsze jechał do nas.
No pewnie! Aktualnie był ostatnią osobą jaką chciałam zobaczyć. Po chwili zorientowałam się, że moja przyjaciółka mnie porzuciła i tylko pokiwała mi na pożegnanie. W tym czasie Louis zdążył do mnie podjechać.
- Hejka. Jak tam? -spytał uśmiechnięty i radosny.
Fajnie się obserwowało moje okno? Pomyślałam.
- Hej. Dobrze. -jednak te wyrazy wypłynęły z moich ust.
- Przejdziemy się? -spytał, ciągle będąc w świetnym nastroju co mnie dobijało.
Nic nie odpowiedziałam tylko pokiwałam twierdząco głową. Szliśmy obok siebie jak gdyby nigdy nic. W końcu wyszliśmy z małego parku i weszliśmy na chodnik. Trwały na nim roboty drogowe i wszędzie były wystające płyty. Oczywiście kto jest największą niezdarą świata?
- Aaaa!!! -krzyknęłam na pół ulicy i wylądowałam na chodniku.
- Nic ci nie jest??? -spytał zaniepokojony Louis i pomógł mi wstać.
- Coś mi tylko przeskoczyło w nodze, nic mi nie jest. -mówiąc to spróbowałam stanąć na obydwu nogach. Skończyło się to tak, że wylądowałam w ramionach Lou.
- Trzymam Cię. Tak w ogóle możesz mi mówić Tommo. -powiedział na co przytaknęłam. Louis kazał mi się oprzeć na chwilę o płot za nami i tak też zrobiłam. Sam ustawił stabilnie deskę na ulicy i wrócił po mnie.
- Co ty wyprawiasz? -spytałam lekko zaniepokojona.
- Jechałaś kiedyś na desce?
- Nie....
- Kiedyś musi być ten pierwszy raz. -stanął jedną nogą na desce i dał mi znak, że też mam wejść. Co miałam innego zrobić. Weszłam. Po chwili jechaliśmy... razem....po już bezpiecznej części chodnika. Muszę przyznać że było fajnie. Niespodziewanie Louis objął mnie mocno od tyłu.
- Teraz się trzymaj. -wyszeptał mi do ucha. W tej właśnie chwili dowiedziałam się jak jest maksymalna prędkość deskorolki. No ale cóż było super i zapomniałam o bolącej mnie kostce. Może to nie było on pod moim oknem.... Już sama nie wiem. Po niespełna 15 minutach dojechaliśmy do mnie.
- Proszę bardzo. Odpocznij trochę i zrób sobie okład lodem. -zalecił mi Tommo, a ja zeszłam z deski i oparłam się o furtkę.
- Dziękuję Tommo. -uśmiechnęłam się na pożegnanie i pokuśtykałam do domu.
Nie była skręcona ani złamana. Wiem to już z własnego doświadczenia.
- Skarbie co Ci się stało? -naskoczyła Isabel.
- Coś mi przeskoczyło w nodze.
- Pamiętasz, że dzisiaj kolacja na której oficjalnie potwierdzimy ślub?
- Jasne. -cholera na śmierć zapomniałam. Będzie w jednej z najlepszych londyńskich restauracji i będą na niej przyjaciele taty, czyli największe szychy Londynu.
Wchodząc do pokoju zerknęłam na zegarek. Fajnie! Jest 16:30, a kolacja o 18:00. Dam radę! Szybko wzięłam się za przygotowania. O godzinie 17:00 wyszliśmy w trójkę z domu, a szofer już na nas czekał. Isabel miała na sobie jakąś drogą kieckę (kupił ją mój tata, nie nic tak tylko sobie mówię), a ja miałam na sobie swoją ulubioną czarną i zwiewną sukienkę. Po około 45 minutach byliśmy na miejscu.
Na kolacji gadali albo o pracy albo o ślubie. Dwie rzeczy, które mnie w ogóle nie interesowały.
Wszyscy rozmawiali, śmiali się i dobrze się bawili. Tata dostał jakiś ważny telefon i poszedł go odebrać gdzieś na zewnątrz.
Strasznie się nudziłam, więc pomyślałam żeby zadzwonić do Soph ale tak przy wszystkich nie wypadało więc wyszłam na dwór pod pretekstem,że mi się w głowie i muszę zaczerpnąć świeżego powietrza. Wyszłam na zaplecze gdzie bez problemu mnie wypuścili kiedy pokazałam im swój dowód osobisty. Czułam się normalnie jak jakieś FBI czy coś! Wychodząc prawie wyleciałam w wielki kontener, który stał prawie przed wyjściem... Mądrze! Kiedy się ogarnęłam chciał już zadzwonić, gdy nagle na chodniku głównej ulicy mojego tatę. Chciałam do niego podejść ale zobaczyłam, że z kimś rozmawia... Bardziej to się kłóci. Podeszłam bliżej i schowałam się za inny kontener. Kompletna faza na bycie FBI, zaśmiałam się w duchu i dobrze, że tylko w dachu.
W pobliżu nie było żadnej latarni. Widziałam tylko mojego tatę. Ten drugi stał w cieniu budynku.
- Więcej kasy! -Wykrzyknął zdenerwowany mężczyzna. Skądś znałam ten głos.
- Jak to więcej??!!! Dobra na dzisiaj zakończymy tą rozmowę! -Oznajmił stanowczo mój tata.
Ciągle nie widziałam twarzy mężczyzny. Nagle ten się obrócił tyłem do mnie i wsiadł do luksusowego, sportowego auta. Zanim ruszył opuścił jeszcze szybę w aucie. Myślałam że zacznę krzyczeć, zemdleję i dostanę ataku serca na raz. Tajemniczym mężczyzną okazał się Louis Tomlinson!
- Wiec jesteś pewno, że pod twoim domem był Louis?
- Nie nie w 100%! -tylko Sohia wie o tym co się wydarzyło, czułam że tylko jej mogłam zaufać.
- Dobra...jednak jak dla mnie dziwniejsze jest to, że ktoś, ktokolwiek to był, stał pod twoim oknem!
- No... Ale nie mów nic ojcu!!! Błaga! -zażądałam.
- Spokoooo.....-Sophia przerwała i wpatrywała się w jedno miejsce.
- Co...oooo.... -Nadjeżdżał Louis Tomlinson na deskorolce, a co najgorsze jechał do nas.
No pewnie! Aktualnie był ostatnią osobą jaką chciałam zobaczyć. Po chwili zorientowałam się, że moja przyjaciółka mnie porzuciła i tylko pokiwała mi na pożegnanie. W tym czasie Louis zdążył do mnie podjechać.
- Hejka. Jak tam? -spytał uśmiechnięty i radosny.
Fajnie się obserwowało moje okno? Pomyślałam.
- Hej. Dobrze. -jednak te wyrazy wypłynęły z moich ust.
- Przejdziemy się? -spytał, ciągle będąc w świetnym nastroju co mnie dobijało.
Nic nie odpowiedziałam tylko pokiwałam twierdząco głową. Szliśmy obok siebie jak gdyby nigdy nic. W końcu wyszliśmy z małego parku i weszliśmy na chodnik. Trwały na nim roboty drogowe i wszędzie były wystające płyty. Oczywiście kto jest największą niezdarą świata?
- Aaaa!!! -krzyknęłam na pół ulicy i wylądowałam na chodniku.
- Nic ci nie jest??? -spytał zaniepokojony Louis i pomógł mi wstać.
- Coś mi tylko przeskoczyło w nodze, nic mi nie jest. -mówiąc to spróbowałam stanąć na obydwu nogach. Skończyło się to tak, że wylądowałam w ramionach Lou.
- Trzymam Cię. Tak w ogóle możesz mi mówić Tommo. -powiedział na co przytaknęłam. Louis kazał mi się oprzeć na chwilę o płot za nami i tak też zrobiłam. Sam ustawił stabilnie deskę na ulicy i wrócił po mnie.
- Co ty wyprawiasz? -spytałam lekko zaniepokojona.
- Jechałaś kiedyś na desce?
- Nie....
- Kiedyś musi być ten pierwszy raz. -stanął jedną nogą na desce i dał mi znak, że też mam wejść. Co miałam innego zrobić. Weszłam. Po chwili jechaliśmy... razem....po już bezpiecznej części chodnika. Muszę przyznać że było fajnie. Niespodziewanie Louis objął mnie mocno od tyłu.
- Teraz się trzymaj. -wyszeptał mi do ucha. W tej właśnie chwili dowiedziałam się jak jest maksymalna prędkość deskorolki. No ale cóż było super i zapomniałam o bolącej mnie kostce. Może to nie było on pod moim oknem.... Już sama nie wiem. Po niespełna 15 minutach dojechaliśmy do mnie.
- Proszę bardzo. Odpocznij trochę i zrób sobie okład lodem. -zalecił mi Tommo, a ja zeszłam z deski i oparłam się o furtkę.
- Dziękuję Tommo. -uśmiechnęłam się na pożegnanie i pokuśtykałam do domu.
Nie była skręcona ani złamana. Wiem to już z własnego doświadczenia.
- Skarbie co Ci się stało? -naskoczyła Isabel.
- Coś mi przeskoczyło w nodze.
- Pamiętasz, że dzisiaj kolacja na której oficjalnie potwierdzimy ślub?
- Jasne. -cholera na śmierć zapomniałam. Będzie w jednej z najlepszych londyńskich restauracji i będą na niej przyjaciele taty, czyli największe szychy Londynu.
Wchodząc do pokoju zerknęłam na zegarek. Fajnie! Jest 16:30, a kolacja o 18:00. Dam radę! Szybko wzięłam się za przygotowania. O godzinie 17:00 wyszliśmy w trójkę z domu, a szofer już na nas czekał. Isabel miała na sobie jakąś drogą kieckę (kupił ją mój tata, nie nic tak tylko sobie mówię), a ja miałam na sobie swoją ulubioną czarną i zwiewną sukienkę. Po około 45 minutach byliśmy na miejscu.
Na kolacji gadali albo o pracy albo o ślubie. Dwie rzeczy, które mnie w ogóle nie interesowały.
Wszyscy rozmawiali, śmiali się i dobrze się bawili. Tata dostał jakiś ważny telefon i poszedł go odebrać gdzieś na zewnątrz.
Strasznie się nudziłam, więc pomyślałam żeby zadzwonić do Soph ale tak przy wszystkich nie wypadało więc wyszłam na dwór pod pretekstem,że mi się w głowie i muszę zaczerpnąć świeżego powietrza. Wyszłam na zaplecze gdzie bez problemu mnie wypuścili kiedy pokazałam im swój dowód osobisty. Czułam się normalnie jak jakieś FBI czy coś! Wychodząc prawie wyleciałam w wielki kontener, który stał prawie przed wyjściem... Mądrze! Kiedy się ogarnęłam chciał już zadzwonić, gdy nagle na chodniku głównej ulicy mojego tatę. Chciałam do niego podejść ale zobaczyłam, że z kimś rozmawia... Bardziej to się kłóci. Podeszłam bliżej i schowałam się za inny kontener. Kompletna faza na bycie FBI, zaśmiałam się w duchu i dobrze, że tylko w dachu.
W pobliżu nie było żadnej latarni. Widziałam tylko mojego tatę. Ten drugi stał w cieniu budynku.
- Więcej kasy! -Wykrzyknął zdenerwowany mężczyzna. Skądś znałam ten głos.
- Jak to więcej??!!! Dobra na dzisiaj zakończymy tą rozmowę! -Oznajmił stanowczo mój tata.
Ciągle nie widziałam twarzy mężczyzny. Nagle ten się obrócił tyłem do mnie i wsiadł do luksusowego, sportowego auta. Zanim ruszył opuścił jeszcze szybę w aucie. Myślałam że zacznę krzyczeć, zemdleję i dostanę ataku serca na raz. Tajemniczym mężczyzną okazał się Louis Tomlinson!
poniedziałek, 11 sierpnia 2014
Rozdział 2
Leniwie przeciągnęłam się w swoim łóżku, aby po chwili odczytać wiadomość sms na moim telefonie. Przyszła ona z jakieś 10 minut temu ale w końcu jest sobota i chce się wyspać.
Od: Sophia ;-*
Wstajemy jestem za 15 minut i idziemy na zakupy! :)
Taaaa......czyli będzie za 5 minut. Nic nie odpisałam i pomaszerowałam odbyć poranną toaletę. Szczotkując zęby usłyszałam, że Sophia jest już u mnie w domu. Pospieszyłam się trochę i po 10 minutach byłyśmy w drodze do galerii.
Droga minęła nam przyjemnie, a po drodze kupiłyśmy sobie pyszną kawę.
- Spójrz na tą sukienkę! Jest śliczna! -oznajmiła mi Sophia w jednym ze sklepów i pokazała mi naprawdę śliczną zwiewną sukienkę.
- No jest super!
- Przymierz, pasuje do ciebie. -powiedziała i wręczyła mi sukienkę.
Poszłam od razu do przymierzalni. Rzeczywiście sukienka wyglądała cudownie. Szybko się przebrałam i poszłam do kasy zapłacić.
Dalszy pobyt na zakupach minął nam w cudownej atmosferze. Około godziny 14:00 rozeszłyśmy się w swoje strony. Pogoda była naprawdę przyjemna przez całą drogę. Kiedy weszłam na swoją ulicę koło małego kiosku zobaczyłam.... no cóż Tomlinsona. Przechodząc obok niego nie zwróciłam na niego zbyt dużej uwagi. Był ubrany w luźny T-Shirt i opięte spodnie, w których wyglądał... super. Rozmawiał z kimś przez telefon ale kiedy go minęłam skończył rozmowę i podbiegł do mnie.
- Hej... Elizabeth tak? -spytał mnie i zablokowała mi drogę.
- Tak Louis. -odpowiedziałam. Tomlinson bez wątpienia może startować do konkursu na najlepsze nieziemskie oczy/spojrzenie, pomyślałam.
- Wybacz, że Cię tak nachodzę ale wiesz jestem nowy i chciałbym kogoś poznać. -uśmiechnął się i oboje ruszyliśmy przed siebie.
- Jasne nie ma problemu.... -powiedziałam niepewnie po głowie chodziła mi jedna... dwie myśli: Jego BOSKIE oczy .... ok trzy rzeczy: BOSKIE oczy, CUDOWNY uśmiech i... no ludzi on wygląda na starszego niż 17-18 lat i to dużo!
- Tak zostałem kilka raz... -czy on czyta mi w myślach! Kiedy to mówił uśmiech na jego twarzy gdzieś znikł.
Milczałam nie wiedziałam co odpowiedzieć. Szliśmy po prostu obok siebie.
- Od urodzenia mieszkasz w Londynie? -przerwał w końcu tą niezręczną ciszę!
- Tak. A ty gdzie przedtem mieszkałeś?
- Doncaster. -odpowiedział Louis. Cudownie wymawia tą nazwę.
- Watson....Watson....coś mi mówi to nazwisko....
- Tak moim tatą jest Arthur Watson.... -powiedziałam lekko zirytowana. Czy wszyscy muszą go znać?! To już nudne.
Po kolejnej chwili milczenia zorientowałam się że jesteśmy pod moim domem.
- Ok tutaj mieszkam. -uśmiechnęłam się i wskazałam na dość duży dom.
- No do najmniejszych to on nie na leży! -stwierdził Tomlinson i lekko się zaśmiał, a po chwili ciągnął dalej. -Miło Cię było poznać Liz.
Nie! Tylko nie LIZ! Dlaczego musiał to powiedzieć? Zawsze moja mama tak na mnie mówiła nikt inny, tylko ona.
- Ta.... muszę już iść. Do zobaczenia w szkole. -pomknęłam przez ścieżkę prosto do domu.
W kuchni była pani Fox, którą zignorowałam i pomknęłam prosto do pokoju, żeby móc rzucić się na łóżko i schować twarz w poduszki.
Około godziny 20:00 wyszłam z domu na spacer. Tata był zajęty Isabel, więc nie miałam po co siedzieć w domu. Szłam przez Londyn nie zwracając na nikogo uwagi. Po 30 minutach doszłam do cmentarza. Dobrze znanymi mi uliczkami doszłam do grobu Margaret Watson. Usiadłam się na małą ławeczkę przed grobem i po prostu siedziałam, siedziałam i wspominałam.
Przez cały pobyt na cmentarzu i drogę powrotną czułam czyjś wzrok na sobie. Co jakiś czas przyspieszałam kroku ale to dziwne uczucie nie ustępowało. Po przekroczeniu progu domu poczułam się bezpieczniej. Isabel i tata oglądali coś w telewizji, a ja poszłam wziąć prysznic,cieplutki prysznic. Zanim położyłam się na łóżko zerknęłam jeszcze przez okno. Na zewnątrz było już ciemno. Na dworze zobaczyłam postać. Był to mężczyzna. Nie widziałam twarzy ale sylwetką przypominał...Tomlinson'a!
Oddaliłam się od okna, a mężczyzna oddalił się. Zasłoniłam żaluzje, zgasiłam swiatło i przykryłam się kołdrą do czubka mojej brody chciałam żeby ten dzień się jak najszybciej skończył.
Od: Sophia ;-*
Wstajemy jestem za 15 minut i idziemy na zakupy! :)
Taaaa......czyli będzie za 5 minut. Nic nie odpisałam i pomaszerowałam odbyć poranną toaletę. Szczotkując zęby usłyszałam, że Sophia jest już u mnie w domu. Pospieszyłam się trochę i po 10 minutach byłyśmy w drodze do galerii.
Droga minęła nam przyjemnie, a po drodze kupiłyśmy sobie pyszną kawę.
- Spójrz na tą sukienkę! Jest śliczna! -oznajmiła mi Sophia w jednym ze sklepów i pokazała mi naprawdę śliczną zwiewną sukienkę.
- No jest super!
- Przymierz, pasuje do ciebie. -powiedziała i wręczyła mi sukienkę.
Poszłam od razu do przymierzalni. Rzeczywiście sukienka wyglądała cudownie. Szybko się przebrałam i poszłam do kasy zapłacić.
Dalszy pobyt na zakupach minął nam w cudownej atmosferze. Około godziny 14:00 rozeszłyśmy się w swoje strony. Pogoda była naprawdę przyjemna przez całą drogę. Kiedy weszłam na swoją ulicę koło małego kiosku zobaczyłam.... no cóż Tomlinsona. Przechodząc obok niego nie zwróciłam na niego zbyt dużej uwagi. Był ubrany w luźny T-Shirt i opięte spodnie, w których wyglądał... super. Rozmawiał z kimś przez telefon ale kiedy go minęłam skończył rozmowę i podbiegł do mnie.
- Hej... Elizabeth tak? -spytał mnie i zablokowała mi drogę.
- Tak Louis. -odpowiedziałam. Tomlinson bez wątpienia może startować do konkursu na najlepsze nieziemskie oczy/spojrzenie, pomyślałam.
- Wybacz, że Cię tak nachodzę ale wiesz jestem nowy i chciałbym kogoś poznać. -uśmiechnął się i oboje ruszyliśmy przed siebie.
- Jasne nie ma problemu.... -powiedziałam niepewnie po głowie chodziła mi jedna... dwie myśli: Jego BOSKIE oczy .... ok trzy rzeczy: BOSKIE oczy, CUDOWNY uśmiech i... no ludzi on wygląda na starszego niż 17-18 lat i to dużo!
- Tak zostałem kilka raz... -czy on czyta mi w myślach! Kiedy to mówił uśmiech na jego twarzy gdzieś znikł.
Milczałam nie wiedziałam co odpowiedzieć. Szliśmy po prostu obok siebie.
- Od urodzenia mieszkasz w Londynie? -przerwał w końcu tą niezręczną ciszę!
- Tak. A ty gdzie przedtem mieszkałeś?
- Doncaster. -odpowiedział Louis. Cudownie wymawia tą nazwę.
- Watson....Watson....coś mi mówi to nazwisko....
- Tak moim tatą jest Arthur Watson.... -powiedziałam lekko zirytowana. Czy wszyscy muszą go znać?! To już nudne.
Po kolejnej chwili milczenia zorientowałam się że jesteśmy pod moim domem.
- Ok tutaj mieszkam. -uśmiechnęłam się i wskazałam na dość duży dom.
- No do najmniejszych to on nie na leży! -stwierdził Tomlinson i lekko się zaśmiał, a po chwili ciągnął dalej. -Miło Cię było poznać Liz.
Nie! Tylko nie LIZ! Dlaczego musiał to powiedzieć? Zawsze moja mama tak na mnie mówiła nikt inny, tylko ona.
- Ta.... muszę już iść. Do zobaczenia w szkole. -pomknęłam przez ścieżkę prosto do domu.
W kuchni była pani Fox, którą zignorowałam i pomknęłam prosto do pokoju, żeby móc rzucić się na łóżko i schować twarz w poduszki.
Około godziny 20:00 wyszłam z domu na spacer. Tata był zajęty Isabel, więc nie miałam po co siedzieć w domu. Szłam przez Londyn nie zwracając na nikogo uwagi. Po 30 minutach doszłam do cmentarza. Dobrze znanymi mi uliczkami doszłam do grobu Margaret Watson. Usiadłam się na małą ławeczkę przed grobem i po prostu siedziałam, siedziałam i wspominałam.
Przez cały pobyt na cmentarzu i drogę powrotną czułam czyjś wzrok na sobie. Co jakiś czas przyspieszałam kroku ale to dziwne uczucie nie ustępowało. Po przekroczeniu progu domu poczułam się bezpieczniej. Isabel i tata oglądali coś w telewizji, a ja poszłam wziąć prysznic,cieplutki prysznic. Zanim położyłam się na łóżko zerknęłam jeszcze przez okno. Na zewnątrz było już ciemno. Na dworze zobaczyłam postać. Był to mężczyzna. Nie widziałam twarzy ale sylwetką przypominał...Tomlinson'a!
Oddaliłam się od okna, a mężczyzna oddalił się. Zasłoniłam żaluzje, zgasiłam swiatło i przykryłam się kołdrą do czubka mojej brody chciałam żeby ten dzień się jak najszybciej skończył.
poniedziałek, 21 lipca 2014
Rozdział 1
Uwielbiam długo spać. Muszę sama przyznać, że jestem niezłym śpiochem. Weekend jest tym czego potrzebuję, zero obowiązków i sapnie do której się chce. Taka mała namiastka wakacji.
- Panno Elizabeth...pora wstawać... -był to głos naszej gosposi. Tak bardzo znienawidzony prze zemnie od poniedziałku do piątku o godzinie 6:40!
- Już wstaję.... -wymamrotałam zaspana i leniwie podniosłam się na łokciach. Nasza gosposia pani Fox widząc mnie nieprzytomną, podeszła do okna i gwałtownie podciągał żaluzje.
- No perzcież wstaje...! -zsunęłam się z łóżka, wzięłam mój szkolny mundurek, który obowiązywał w naszym liceum i pomaszerowałam do łazienki.
Po wszystkich czynnościach w łazience zbiegłam z plecakiem w ręku po schodach, do kuchni, gdzie czekało na mnie już śniadanie. Pani Fox nalała mi świeżej herbatki i wzięłam się za spożycie mojego posiłku.
- Tata jest już w firmie? -zapytałam gosposię.
- Tak i kazał panience wpaść do niego po szkole. -odpowiedziała mi parząc sobie kawę.
Mój tata Arthur prowadzi wielką kancelarię. Sam tata jest naprawdę znanym adwokatem. Żyjemy w wielkim dostatku, a ja no cóż córeczka tatusia, którą on traktuje jak księżniczkę. Jednakże nigdy mnie nie rozpieszczał za nad to. Dobrze wiem, że na wszystkie dobra w życiu trzeba sobie zapracować.
- Ochhhh witaj słońce!!! -wykrzyknęła Isabel w drzwiach kuchni.
- Witam.... -no to się dzień szybko popsuł. Isabel to narzeczona mojego ojca. Strasznie jej nie lubię. Mój tata ją... kocha, a ona czasami zachowuje się jakby kasa była dla niej najważniejsza. Jeśli chodzi o moją mamę to zmarła w wypadku samochodowym jak miałam 9 lat. Jeju to już 8 lat....
- Kochanie jest już 7:30 nie spóźnisz się? -spytała Isabel.
- Już?!!!! Lecę! PaPa... -dobrze, że to powiedziała. Jedyna dobra rzecz jaką zrobiła.
Szofer i samochód już czekali na mnie przed domem. Szybko wsiadłam do samochodu, a szofer już miał przygotowaną moją ulubioną stację.
Po około 15 minutach byliśmy już pod szkołą. Jeszcze dwa lata w tym durnym liceum. No dobra same liceum ok.... ale te barbie z mojej klasy. Jak na nie patrzę to myślę sobie ''PLASTIC IS FANTASTIC'' -_- Tylko dzisiaj i weekend. Ta myśl mnie miała podtrzymywać mnie przez cały dzień.
Pierwsza lekcja to była godzina wychowawcza z panią Wood.
- Cisza!!! -powiedziała swym donośnym głosem nauczycielka. Ma ona u mnie duży respekt. Można powiedzieć, że się lubimy.
- Przedstawiam wam nowego kolegę w klasie. -na te słowa wszytkie oczy skierowały się w stronę szatyny o cudownych błękitnych oczach (zalety siedzienia w pierwszej ławce).
- To jest Louis Tomlinson moi drodzy... Louis usiądz się koło Elizabeth. -nakazała nauczycielka i podeszała do tablicy aby zapisać temat. No no Louis przystojny jesteś.
Czułam jego wzrok na sobie przez pół lekcji, a te wszytskie Top Modelki zrzerała zazdrość. Hahhahah zaśmiałam się w duchu gdy o tym pomyślałam.
Tomlinson całe przerwy stał gdzieś sam. Widać, że nie był chętny na szukanie znajomych. Na inych lekcjach siadał blisko mnie. To było trochę dziwne ale z drugiej strony koło mnie było najwięcej miejsc.... taaaa ja nie lubięmojej klasy oni mnie!
---------------------------------
Kancelaria taty miała swój niesamowity styl. Nowoczesna ale wyposażona w przecudowne stare meble. Razem wyglądało to nieziemsko. Chwilę porozmawiałam z Sophie, sekretarką. Strasznie się polubiłyśmy jest odemnie trochę starsza ale zawsze się dogadujemy i często chodzimy razem na zakupy czy coś w ten deseń.
W końcu weszłam do bióra taty.
- Hejo! -powiedziałam radośńie i usadowiłam się na miękkiej sofie.
- No hej, jak tam w szkole? -spytał tata, siedząć za swoim mahoniowym biurkiem.
- Mamy nowego w klasie, nazywa się Louis Tomlinson! -oznajmiłam, wiem, że raczej nie o to chodziło tacie no ale cóż.
- Ooo i jaki jest? -zapytał z dziwnym wyrazem twarzy.
- Jeszcze nie wiem... taki trochę dziwny. -stwierdziłam i usiadłam po turecku na sofie.
- Dziwny???
- No taki.... no wiesz... chyba stroni od ludzi. -szczerze zdziwiło mnie pytanie taty.
Na tym poprzestaliśmy rozmowę o tajemniczym panu Tomlinsonie, chociaż te pytania taty mnie lekko zdziwiły. Nigdy się nie interesował ludźmi z mojej klasy.
Po chwili przyszedł klient do taty, więc się ulotniłam i poszłam do Sophie.
- Jak tam młoda? Ślub się niedługo zbliża. -powiedziała szperając w jakichś papierach.
- Nawet mi o nim nie przypominaj! Tak strasznie się cieszę, że też tam będziesz. -prawie zapomniałam, że to już za miesiąc. Dzięki mnie będzie na ślubie. To jest jedyna osoba, która mnie rozumie.
Opowiedziałam jej o nowym i o tym, że jest zabójczo przystojny. Ogólnie tak latałam w kółko to od taty do Sophie i z powrotem.
W końcu przyszła godzina 18.00 i wraz z tatą przekroczyliśmy próg naszego domu.
- Kochanie!!! Stęskniłam się za tobą! -wykrzyknęła Isabel i rzuciła się tacie na szyję.
Od razu pomaszerowałam do siebie. Pracę domową miałam z głowy, gdyż w kancelarii miałam dużo czasu na jej odrobienie. Położyłam się na lewy bok, na moim łóżku i włączyłam laptopa. Zalogowałam się na facebook'u i od razu rzuciło mi się w oczy jedno zaproszenie do znajomych.
- Któż to? -zapytałam się sama siebie.
Mam odpowiedź:
Louis Tomlinson
- Panno Elizabeth...pora wstawać... -był to głos naszej gosposi. Tak bardzo znienawidzony prze zemnie od poniedziałku do piątku o godzinie 6:40!
- Już wstaję.... -wymamrotałam zaspana i leniwie podniosłam się na łokciach. Nasza gosposia pani Fox widząc mnie nieprzytomną, podeszła do okna i gwałtownie podciągał żaluzje.
- No perzcież wstaje...! -zsunęłam się z łóżka, wzięłam mój szkolny mundurek, który obowiązywał w naszym liceum i pomaszerowałam do łazienki.
Po wszystkich czynnościach w łazience zbiegłam z plecakiem w ręku po schodach, do kuchni, gdzie czekało na mnie już śniadanie. Pani Fox nalała mi świeżej herbatki i wzięłam się za spożycie mojego posiłku.
- Tata jest już w firmie? -zapytałam gosposię.
- Tak i kazał panience wpaść do niego po szkole. -odpowiedziała mi parząc sobie kawę.
Mój tata Arthur prowadzi wielką kancelarię. Sam tata jest naprawdę znanym adwokatem. Żyjemy w wielkim dostatku, a ja no cóż córeczka tatusia, którą on traktuje jak księżniczkę. Jednakże nigdy mnie nie rozpieszczał za nad to. Dobrze wiem, że na wszystkie dobra w życiu trzeba sobie zapracować.
- Ochhhh witaj słońce!!! -wykrzyknęła Isabel w drzwiach kuchni.
- Witam.... -no to się dzień szybko popsuł. Isabel to narzeczona mojego ojca. Strasznie jej nie lubię. Mój tata ją... kocha, a ona czasami zachowuje się jakby kasa była dla niej najważniejsza. Jeśli chodzi o moją mamę to zmarła w wypadku samochodowym jak miałam 9 lat. Jeju to już 8 lat....
- Kochanie jest już 7:30 nie spóźnisz się? -spytała Isabel.
- Już?!!!! Lecę! PaPa... -dobrze, że to powiedziała. Jedyna dobra rzecz jaką zrobiła.
Szofer i samochód już czekali na mnie przed domem. Szybko wsiadłam do samochodu, a szofer już miał przygotowaną moją ulubioną stację.
Po około 15 minutach byliśmy już pod szkołą. Jeszcze dwa lata w tym durnym liceum. No dobra same liceum ok.... ale te barbie z mojej klasy. Jak na nie patrzę to myślę sobie ''PLASTIC IS FANTASTIC'' -_- Tylko dzisiaj i weekend. Ta myśl mnie miała podtrzymywać mnie przez cały dzień.
Pierwsza lekcja to była godzina wychowawcza z panią Wood.
- Cisza!!! -powiedziała swym donośnym głosem nauczycielka. Ma ona u mnie duży respekt. Można powiedzieć, że się lubimy.
- Przedstawiam wam nowego kolegę w klasie. -na te słowa wszytkie oczy skierowały się w stronę szatyny o cudownych błękitnych oczach (zalety siedzienia w pierwszej ławce).
- To jest Louis Tomlinson moi drodzy... Louis usiądz się koło Elizabeth. -nakazała nauczycielka i podeszała do tablicy aby zapisać temat. No no Louis przystojny jesteś.
Czułam jego wzrok na sobie przez pół lekcji, a te wszytskie Top Modelki zrzerała zazdrość. Hahhahah zaśmiałam się w duchu gdy o tym pomyślałam.
Tomlinson całe przerwy stał gdzieś sam. Widać, że nie był chętny na szukanie znajomych. Na inych lekcjach siadał blisko mnie. To było trochę dziwne ale z drugiej strony koło mnie było najwięcej miejsc.... taaaa ja nie lubięmojej klasy oni mnie!
---------------------------------
Kancelaria taty miała swój niesamowity styl. Nowoczesna ale wyposażona w przecudowne stare meble. Razem wyglądało to nieziemsko. Chwilę porozmawiałam z Sophie, sekretarką. Strasznie się polubiłyśmy jest odemnie trochę starsza ale zawsze się dogadujemy i często chodzimy razem na zakupy czy coś w ten deseń.
W końcu weszłam do bióra taty.
- Hejo! -powiedziałam radośńie i usadowiłam się na miękkiej sofie.
- No hej, jak tam w szkole? -spytał tata, siedząć za swoim mahoniowym biurkiem.
- Mamy nowego w klasie, nazywa się Louis Tomlinson! -oznajmiłam, wiem, że raczej nie o to chodziło tacie no ale cóż.
- Ooo i jaki jest? -zapytał z dziwnym wyrazem twarzy.
- Jeszcze nie wiem... taki trochę dziwny. -stwierdziłam i usiadłam po turecku na sofie.
- Dziwny???
- No taki.... no wiesz... chyba stroni od ludzi. -szczerze zdziwiło mnie pytanie taty.
Na tym poprzestaliśmy rozmowę o tajemniczym panu Tomlinsonie, chociaż te pytania taty mnie lekko zdziwiły. Nigdy się nie interesował ludźmi z mojej klasy.
Po chwili przyszedł klient do taty, więc się ulotniłam i poszłam do Sophie.
- Jak tam młoda? Ślub się niedługo zbliża. -powiedziała szperając w jakichś papierach.
- Nawet mi o nim nie przypominaj! Tak strasznie się cieszę, że też tam będziesz. -prawie zapomniałam, że to już za miesiąc. Dzięki mnie będzie na ślubie. To jest jedyna osoba, która mnie rozumie.
Opowiedziałam jej o nowym i o tym, że jest zabójczo przystojny. Ogólnie tak latałam w kółko to od taty do Sophie i z powrotem.
W końcu przyszła godzina 18.00 i wraz z tatą przekroczyliśmy próg naszego domu.
- Kochanie!!! Stęskniłam się za tobą! -wykrzyknęła Isabel i rzuciła się tacie na szyję.
Od razu pomaszerowałam do siebie. Pracę domową miałam z głowy, gdyż w kancelarii miałam dużo czasu na jej odrobienie. Położyłam się na lewy bok, na moim łóżku i włączyłam laptopa. Zalogowałam się na facebook'u i od razu rzuciło mi się w oczy jedno zaproszenie do znajomych.
- Któż to? -zapytałam się sama siebie.
Mam odpowiedź:
Louis Tomlinson
Subskrybuj:
Posty (Atom)