poniedziałek, 18 sierpnia 2014

Rozdział 3

Spacerek po parku z Soph to jest to czego potrzebowałam.
- Wiec jesteś pewno, że pod twoim domem był Louis?
- Nie nie w 100%! -tylko Sohia wie o tym co się wydarzyło, czułam że tylko jej mogłam zaufać.
- Dobra...jednak jak dla mnie dziwniejsze jest to, że ktoś, ktokolwiek to był, stał pod twoim oknem!
- No... Ale nie mów nic ojcu!!! Błaga! -zażądałam.
- Spokoooo.....-Sophia przerwała i wpatrywała się w jedno miejsce.
- Co...oooo.... -Nadjeżdżał Louis Tomlinson na deskorolce, a co najgorsze jechał do nas.
No pewnie! Aktualnie był ostatnią osobą jaką chciałam zobaczyć. Po chwili zorientowałam się, że moja przyjaciółka mnie porzuciła i tylko pokiwała mi na pożegnanie. W tym czasie Louis zdążył do mnie podjechać.
- Hejka. Jak tam? -spytał uśmiechnięty i radosny.
Fajnie się obserwowało moje okno? Pomyślałam.
- Hej. Dobrze. -jednak te wyrazy wypłynęły z moich ust.
- Przejdziemy się? -spytał, ciągle będąc w świetnym nastroju co mnie dobijało.
Nic nie odpowiedziałam tylko pokiwałam twierdząco głową. Szliśmy obok siebie jak gdyby nigdy nic. W końcu wyszliśmy z małego parku i weszliśmy na chodnik. Trwały na nim roboty drogowe i wszędzie były wystające płyty. Oczywiście kto jest największą niezdarą świata?
- Aaaa!!! -krzyknęłam na pół ulicy i wylądowałam na chodniku.
- Nic ci nie jest??? -spytał zaniepokojony Louis i pomógł mi wstać.
- Coś mi tylko przeskoczyło w nodze, nic mi nie jest. -mówiąc to spróbowałam stanąć na obydwu nogach. Skończyło się to tak, że wylądowałam w ramionach Lou.
- Trzymam Cię. Tak w ogóle możesz mi mówić Tommo. -powiedział na co przytaknęłam. Louis kazał mi się oprzeć na chwilę o płot za nami i tak też zrobiłam. Sam ustawił stabilnie deskę na ulicy i wrócił po mnie.
- Co ty wyprawiasz? -spytałam lekko zaniepokojona.
- Jechałaś kiedyś na desce?
- Nie....
- Kiedyś musi być ten pierwszy raz. -stanął jedną nogą na desce i dał mi znak, że też mam wejść. Co miałam innego zrobić. Weszłam. Po chwili jechaliśmy... razem....po już bezpiecznej części chodnika. Muszę przyznać że było fajnie. Niespodziewanie Louis objął mnie mocno od tyłu.
- Teraz się trzymaj. -wyszeptał mi do ucha. W tej właśnie chwili dowiedziałam się jak jest maksymalna prędkość deskorolki. No ale cóż było super i zapomniałam o bolącej mnie kostce. Może to nie było on pod moim oknem.... Już sama nie wiem. Po niespełna 15 minutach dojechaliśmy do mnie.
- Proszę bardzo. Odpocznij trochę i zrób sobie okład lodem. -zalecił mi Tommo, a ja zeszłam z deski i oparłam się o furtkę.
- Dziękuję Tommo. -uśmiechnęłam się na pożegnanie i pokuśtykałam do domu.
Nie była skręcona ani złamana. Wiem to już z własnego doświadczenia.
- Skarbie co Ci się stało? -naskoczyła Isabel.
- Coś mi przeskoczyło w nodze.
- Pamiętasz, że dzisiaj kolacja na której oficjalnie potwierdzimy ślub?
- Jasne. -cholera na śmierć zapomniałam. Będzie w jednej z najlepszych londyńskich restauracji i będą na niej przyjaciele taty, czyli największe szychy Londynu.
Wchodząc do pokoju zerknęłam na zegarek. Fajnie! Jest 16:30, a kolacja o 18:00. Dam radę! Szybko wzięłam się za przygotowania. O godzinie 17:00 wyszliśmy w trójkę z domu, a szofer już na nas czekał. Isabel miała na sobie jakąś drogą kieckę (kupił ją mój tata, nie nic tak tylko sobie mówię), a ja miałam na sobie swoją ulubioną czarną i zwiewną sukienkę. Po około 45 minutach byliśmy na miejscu.
Na kolacji gadali albo o pracy albo o ślubie. Dwie rzeczy, które mnie w ogóle nie interesowały.
Wszyscy rozmawiali, śmiali się i dobrze się bawili. Tata dostał jakiś ważny telefon i poszedł go odebrać gdzieś na zewnątrz.
Strasznie się nudziłam, więc pomyślałam żeby zadzwonić do Soph ale tak przy wszystkich nie wypadało więc wyszłam na dwór pod pretekstem,że mi się w głowie i muszę zaczerpnąć świeżego powietrza. Wyszłam na zaplecze gdzie bez problemu mnie wypuścili kiedy pokazałam im swój dowód osobisty. Czułam się normalnie jak jakieś FBI czy coś! Wychodząc prawie wyleciałam w wielki kontener, który stał prawie przed wyjściem... Mądrze! Kiedy się ogarnęłam chciał już zadzwonić, gdy nagle na chodniku głównej ulicy mojego tatę. Chciałam do niego podejść ale zobaczyłam, że z kimś rozmawia... Bardziej to się kłóci. Podeszłam bliżej i schowałam się za inny kontener. Kompletna faza na bycie FBI, zaśmiałam się w duchu i dobrze, że tylko w dachu.
W pobliżu nie było żadnej latarni. Widziałam tylko mojego tatę. Ten drugi stał w cieniu budynku.
- Więcej kasy! -Wykrzyknął zdenerwowany mężczyzna. Skądś znałam ten głos.
- Jak to więcej??!!! Dobra na dzisiaj zakończymy tą rozmowę! -Oznajmił stanowczo mój tata.
Ciągle nie widziałam twarzy mężczyzny. Nagle ten się obrócił tyłem do mnie i wsiadł do luksusowego, sportowego auta. Zanim ruszył opuścił jeszcze szybę w aucie. Myślałam że zacznę krzyczeć, zemdleję i dostanę ataku serca na raz. Tajemniczym mężczyzną okazał się Louis Tomlinson!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz